Pogoda nie rozpieszczała, delikatnie mówiąc (padał snieg, wyjście
na porywisty wiatr groziło dekapitacją- czyli typowa polska wiosna), prace ogrodowe
raczej odpadały, zatem postanowiłam nadrobić wielowiekowe zaległości w sprzątaniu
kuchni. Wyszorowałam szafki, kafelki, odkamieniłam zlew, płyte gazową domyłam
tak, ze można było się w niej przeglądać. Posprzątałam wszystko co zalegało
tygodniami na stole w kuchni, poukładałam równo przyprawy a na koniec „wymopowałam”
podłogę na błysk.
Po niemal trzech godzinach stanęłam w wejściu, spojrzałam z podziwem na swoje dzieło. W nagrodę czas na filiżankę gorącego kakao!
Po niemal trzech godzinach stanęłam w wejściu, spojrzałam z podziwem na swoje dzieło. W nagrodę czas na filiżankę gorącego kakao!
Podłoga, co prawda jeszcze nie wyschła, ale co tam- zdjęłam kapcie i w
samych skarpetach podreptałam na paluszkach do szafki przy oknie. Z otwartego
opakowania kakao wysypała się marna resztka, więc nie pozostało mi nic innego
jak otworzyć nowe. Próbowałam ręcznie rozerwać zgrzew ale folia za nic nie chciała
się poddać. Pod ręką w suszarce mignął mi nóź do masła- chust, ze zupełnie tępy,
nie będę przecież łazić po tej mokrej podłodze do szuflady nożyczkami.
Tak jak przypuszczałam otwarcie pancernej folii nożem do masła nie należało to
najprostszych czynności- w przypływie niecierpliwej złości ścisnęłam za mocno i…. nadepnęliście
kiedyś na wielką, przejrzałą purchawę? K…wa jak jebło!( przepraszam za moje dosadne słownictwo ale dokłądnie TO pomyślałam) Armagedon…! Zamiast szafek ecru miałam kakaowy brąz,
ściana w beżu, twarz jak murzyn, włosy jak kasztanka marszałka, całe szczęście bluzę
miałam ciemną, więc nieznacznie tylko zmieniła kolor, za to jasne skarpety
ślizgały się po mokrej brązowej mazi niczym po świeżym błocie. Tylko do sufitu
nie doleciało. Ochota na kakao zupełnie mi przeszła…z resztą niewiele go w paczce zostało. Chyba musze zacząć od nowa…