Katmandu, ostatnia noc w hotelu, krótka, bo o 5 rano wyjeżdżamy z grupą na lotnisko. Położyłam się po 23, za oknem słychać było szum miasta, klaksony, muzykę z ulicy. Pół godziny później muzyka mocno się wzmogła-muszę zamknąć okno- przeszło mi przez myśl w półśnie. Po krótkiej chwili piekielne dźwięki rodem z Bollywood stały się na tyle głośne, że nie dawały w żaden sposób spać. Usiadłam na łóżku- nie dochodziły zza okna, tylko zza cienkiej, hotelowej ściany. Dodatkowo, przez ten piekielny harmider przebijały jakieś męskie głosy. Postanowiłam, ze postukam w ścianę i ktoś zreflektuje się i ściszy. Zero reakcji. Uderzanie pięścią w ścianę było ledwo słyszalne nawet po mojej stronie. Niewiele myśląc chwyciłam pierwszy przedmiot, który znajdował się pod ręką i walnęłam nim w ścianę mocniej. Baterie od pilota do telewizora posypały się na podłogę i wleciały pod łózko. Klapka na szczęści cała. Nie będę nawet kombinowała, żeby je wyciągać. Zamknęłam klapkę i odłożyłam pilota na miejsce jak gdyby nigdy nic. Dobra- ostatnia deska ratunku- recepcja. Przy łóżku jest telefon, jednak żadnego opisu jak można się do niej dodzwonić. Znajduję menu hotelowe w szufladzie biurka. Jest numer! Pełna nadziei wystukuję trzy cyfry….niestety nikt nie odbiera. Nosz k…wa. Gotuję się w środku tak, ze finezyjne hinduskie rytmy powodują we mnie wzmożoną chęć do rękoczynów. Ubieram się i idę na starcie bezpośrednie. Jak byk na corridzie, puszczając niemal kłęby dymu z uszu zaczynam walić pięściami w drzwi tej „hinduskiej świątyni rozrywki” puszczając przy tym wiązanki najbardziej znanych mi, niecenzuralnych słów pod nosem. Otwiera jakiś rozbawiony Newarczyk wzrostu siedzącego psa, z wyrazem twarzy „o co kaman?” Wrzeszczę na niego zdzierając gardło, najgorzej jak tylko umiem po angielsku, gość -oczy jak spodki, skulił się w sobie i wydusił tylko „ Im sorry, Im sorry”. Po chwili muzyka przycichła. Echh… wreszcie spokój. Nie na długo. Koledzy widocznie uświadomili go, że nie należy przejmować się jakąś stara babą i za 10 minut wszystko wróciło do „normy”. Tej złej normy oczywiście. Bollywood na całego. Ponownie ubrałam się i poleciałam osobiście do recepcji. Recepcjonista nie zwrócił najmniejszej uwagi, ze o 1 w nocy stoję jak kołek przed kontuarem i wlepiam w niego wzrok. Gadał z kimś przez telefon bez najmniejszej krępacji. Taaaa… to wyjaśnia dlaczego nie można się tutaj w żaden sposób dodzwonić. Po kilku minutach natrętnego gapienia się na niego wreszcie skończył i po wysłuchaniu moich „gorzkich żalów” obiecał spacyfikować gości. Na szczęście nie zawiódł. Po poł godzinie impreza w pokoju obok skończyła się na dobre.
Rano spotykamy się z grupą przy recepcji gotowi do wyjazdu na lotnisko. Ktoś rzuca hasło: Kurna, co za noc, tutaj dzisiaj spać się nie dało! Co, tez wam przeszkadzała ta hinduska impreza? – pytam grzecznie. -Nie, była gruba awantura na korytarzu, jakaś baba się strasznie darła i waliła komuś w drzwi!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz