Ksiądz Andrzej szedł zamyślony ulicą Żelazną. Słońce w Białymstoku paliło niemiłosiernie tak, że nawet potężne drzewa osłaniające chodnik nie pomagały zbytnio w ukryciu się przed żarem. Gospodyni z plebanii od kilku dni była na urlopie, nie udało się znaleźć zastępstwa, więc ksiądz żywił się na mieście. Jeździł specjalnie po cywilnemu na drugi koniec miasta , aby zjeść w spokoju nie spotykając nikogo ze swoich parafian. Kiedy zobaczył bar mleczny, wróciły wspomnienia z młodości i pomimo, że wyglądał tanio i obskurnie wszedł z myślą, że zasmakuje czegoś z czasów dzieciństwa. Menu wyglądało znajomo: schabowy, mielony (te odpadały, bo dziś piątek), pierogi z truskawką (niestety dowiedział się, że właśnie „wyszły”), pierogi z kapustą( po tych go zbytnio wydymało) i smażony filet z ryby na który ostatecznie się zdecydował. Za wybrane dania należało zapłacić w kasie a następnie udać się do okienka, gdzie Pani kucharka nakładała dania wg okazanego kwitu. Kasjerka patrzyła na klientów obojętnym wzrokiem i mechanicznym ruchem nabijała paragon, brała pieniądze i wydawał kwit- jak robot -pomyślał, kiedy na jego „Bóg zapłać” nie odezwała się ani słowem. Miał powiedzieć „dziękuję” ale z przyzwyczajenia wyrwało mu się „na służbowo”. Podreptał z kartką w dłoni do oddalonego o kilka metrów okna z którego wydobywały się sielskie zapachy rodem z PRL-owskiej wczasowej stołówki. W okienku nikogo nie było. Poczekał chwilę, po czym nieśmiało zastukał w kontuar- Przepraszam, jest tam kto? Zza ściany wyłoniła się niezwykle dorodna, pulchna młoda kobieta, mocno opalona, z wydatnym dekoltem. Spod czepka wystawały jej fragmenty blond loków niczym Miss Piggy z Muppet Show i delikatnie opadały na kark. Jej spocone od upału potęgowanego kuchennym gorącem ponętne ciało od razu przykuło uwagę Księdza Andrzeja. Podał kwit z kasy- Koniecznie bez panierki poproszę! Dziś piątek, więc poszczę! - Z ziemniakami czy z kaszą? – zapytała nie kryjąc lekkiego zdziwienia. Pomysł jedzenia ryby z kaszą wydał mu się zupełnie kuriozalny, wiec zdecydowanie opowiedział się za ziemniakami. Kucharka nałożyła rybę, dwa ogromne ziemniaki po czym schyliła się nad patelnią nabierając okrasę do kartofli- Tłuszczyku? Mam go pod dostatkiem!- zapytała zachęcająco a jej bujne opalone i spocone piersi niemal wyskoczyły się z dekoltu. Ksiądz Andrzej stał jak zahipnotyzowany. O tak… masz pod dostatkiem…Tłuszczyk…Wyobraził sobie ją w kotle piekielnym, w samej bieliźnie, w strasznym żarze.. Kocioł wytapiał tłuszcz, który zbierał się na skórze niczym olejek do opalania na plaży w Chałupach.. Mięciutkie, opalone kobiece ciało…Obok kotła stał diabeł w długiej czarnej sukmanie ,dokładał do ognia i od czasu do czasu polewał ją zawartością kotła. W swojej wyobraźni ksiądz Andrzej chciał ulżyć kobiecie w cierpieniu, więc kazał jej zdjąć bieliznę, żeby było jej choć trochę chłodniej. Całe ciało błyszczało, pot spływał jej po karku ze spuszczonej głowy, płynął po szyi, dekolcie do bujnych piersi i skapywał z sutków. Tak bardzo chciał go zetrzeć... Nad kotłem, podwieszone chyba gdzieś do podłogi czyśćca wisiało ogromne lustro, aby gotujący się pokutnik mógł zobaczyć jak na dłoni siebie i wszystkie swoje grzechy. Spojrzał w górę-lustro było mocno zaparowane ale można było dostrzec dwie postacie. Ona i diabeł. Był strasznie ciekaw jej grzechów, aż przebiegł mu po plecach ( z resztą, nie tylko) miły dreszcz na samą myśl co może tam zobaczyć. Co prawda w konfesjonale nasłuchał się sprośności nie raz, ale jako pełnoprawny mężczyzna, był jednak zdecydowanym wzrokowcem. Złapał jej zdjęty przed chwilą stanik i zaczął energicznie wycierać. Po chwili odskoczył jak oparzony. Kiedy zobaczył w lustrze siebie w sutannie odwrócił się i biegł przed siebie dopóki nie znalazł drzwi i schodów prowadzących na górę. Mierząc susami po trzy schody naraz szybko znalazł się przy kolejnych drzwiach kilka poziomów wyżej- otworzył i oto oczom jego ukazał się gabinet metropolity białostockiego. Ufff… nareszcie w bezpiecznym miejscu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Katmandu
Katmandu, ostatnia noc w hotelu, krótka, bo o 5 rano wyjeżdżamy z grupą na lotnisko. Położyłam się po 23, za oknem słychać było szum miasta,...
-
Agata obudziła się, ale nie ruszyła nawet palcem, tylko tępo gapiła się w sufit. Co ja zrobiłam! Grzesiek mnie zabije jak się dowie! ...
-
Krążąc rowerem po dzikich ostępach gmin ościennych, wjechałam w kolejną szutrową, dziurawą jak sito drogę z dala od cywilizacji. Po obu s...
-
Pogoda nie rozpieszczała, delikatnie mówiąc (padał snieg, wyjście na porywisty wiatr groziło dekapitacją- czyli typowa polska wiosna), pr...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz