Pogoda paskudna, inwencji twórczej brak, więc postanowiłam zrobić ciasto. Sezonowe, kruche z rabarbarem i bezą. Do ciasta zużyłam 2 żółtka, ale do bezy potrzebne było 5 białek. Zostały 3 żółtka..Co tu z nimi zrobić…? Szkoda, żeby się zmarnowały. Kogla-mogla nie lubię, do ajerkoniaku nie mam spirytusu...ale lubię jajko na twardo. Wpadłam na durny pomysł (ponieważ nie lubię tracić czasu), że „utwardzę” żółtka w mikrofali. Wlałam NIEROZMĄCONE żółtka do malutkiej miseczki i włączyłam….Przez pierwsze kilka sekund szło dobrze. Potem błysnęło, świsnęło i jak nie pizgnie…!- jakby ktoś granat rzucił. Spojrzałam z niepokojem na drzwiczki „grozy” i szybko wyłączyłam sprzęt. Przez szybkę nic nie było widać. Wzięłam głęboki wdech i…. otworzyłam. Oczom mym ukazał się widok jak po teksańskiej masakrze, z tym, ze na ścianach nie wisiały części ciał i wnętrzności, tylko zółte flaki… stalaktyty i stalagmity oraz takie po bokach ( chyba w „jaskiniowej” nomenklaturze nie mają nazwy). Moje przerażenie sięgnęło zenitu, kiedy pomyślałam, ze zaraz wróci mąż, który wczoraj starannie wypucował mikrofalę i dostanie jakiejś apopleksji jak to zobaczy. Skrobałam te cholerne jajka ze 20 min.. ale ciągle mam wrażenie, ze w kuchni unosi się dziwny zapach „przypalonych” jaj.
Moja rada- nie idźcie tą drogą! JAJKOM Z MIKROFALI MÓWIMY STANOWCZE NIE!
P.S. Zawsze myślałam, ze tylko jajka w skorupkach wybuchają w mikrofali….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz