czwartek, 10 listopada 2022

Szproty w pomidorach

Nabrałam ochoty na szprotki w pomidorach. Przegrzebałam szafki w kuchni i voila! Oto są.

Zlustrowałam na szybko opakowanie z cienkiej blachy czołgowej, zawierające szproty w tomacie marki bliżej nieznanej i ujrzawszy zawleczkę i odetchnęłam z ulgą. Uniknę na szczęście poszukiwań, rzadko w obecnych czasach używanego otwieracza do konserw. Spokojnie ukroiłam chleb, posmarowałam masłem i z błogą nieświadomością tego, co mnie czeka, zabrałam się za otwieranie. Z damską gracją włożyłam wskazujący palec do dziurki w zawleczce i spróbowałam ją odgiąć, lekko pociagając. Nic. Szarpnęłam mocniej- blacha lekko się wybrzuszyła, ale nadal nic… Osz cholery- zabarykadowały się! Już ja was dorwę, nie myślcie sobie, że się ukryjecie! Zapukałam w puszkę z nadzieją, że może jednak otworzą po dobroci…znowu poruszyłam zawleczkę delikatnie i z finezją. Bez rezultatu… No teraz to już wkurzyłam się nie na żarty (tak to bywa jak człowiek nienażarty a żarcie poza zasięgiem). Zaparłam się z całych sił i z impetem pociągnęłam, jak tylko mocno potrafiłam…... Boże… co mnie podkusiło na te szproty! W tym momencie pół kuchni oraz moja cała bluzka zalała się sosem pomidorowym a w puszcze został- po wyrwanej zawleczce- lej, jak po bombie ( puszka nie otworzyła się wzdłuż krawędzi, jak powinna…) Po zdjęciu palcem czerwonej breji z powieki, spojrzałam na swoje dzieło zniszczenia -w resztkach sosu pływał smętnie jakiś mizerny kryl (mniejszych „zapuszkowanych” rybek chyba jeszcze nie widziałam). I te chuchra tak się broniły przed otwarciem???? Wygrzebałam niedobitki widelcem z ich „bunkra”. Wystarczyło na pół kanapki, drugie pół musiałam „zalepić” serem. Tyle wysiłku…frustracji… i po co????

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Katmandu

Katmandu, ostatnia noc w hotelu, krótka, bo o 5 rano wyjeżdżamy z grupą na lotnisko. Położyłam się po 23, za oknem słychać było szum miasta,...