czwartek, 10 listopada 2022

Czarujący Żulian


Jak w prawie każdej małej miejscowości w Polsce- jest też w mojej- ławeczka obok sklepu, niemal stale oblegana przez miłośników wszelakich trunków. Przechodząc, często zagaduję bywalców, ponieważ czasem udaje mi się namówić ich do zapozowania do portretu (w końcu trzeba utrzymywać dobre relacje z modelami). Nie inaczej było tym razem- siedziało ich dwóch. Wdaliśmy się w żywiołową dyskusję na temat fotografii, gdyż owi dżentelmeni uczęszczali w czasach szkolnych do kółka fotograficznego w miejscowym domu kultury. Kiedy po wyliczeniu modeli Zenita (dla niewiedzących- producent aparatów fotograficznych z dawnego ZSRR) właśnie tłumaczyli mi jak ciężko było po ciemku przy wywoływaniu załadować kliszę fotograficzną do koreksu ( fotografowie wiedza co to, a innych zapraszam do „wujka Google”)- podjechał radiowóz. Dzielnicowy widać zaniepokoił się moją obecnością przy ławeczce i postanowił sprawdzić, czy wszystko ok. Wysiadł i zwrócił się do jednego z Panów ( ten widocznie był większym „recydywistą”)
- Panie Jacku, pamiętamy, że nie pijemy alkoholu w miejscu publicznym?
– Jaaaa??? Gdzieżbym śmiał Panie Władzo! Poza tym, ja nie piję, tylko się nawadniam!- odparł pytany.
– Dobra, dobra, Pan pokaże co tam ma w tej reklamówce- nie dawał za wygraną policjant. Jacek rozchylił reklamówkę:
- Dwa browary…ale oba zamknięte!- Szach i mat, dodał.
– Jeszcze Pan odchyli kurtkę- dzielnicowy sprawdził dla pewności również to miejsce. Pusto.
-Ok, tym razem Ci się upiekło, ale pamiętaj, że Cię obserwuję! – odwrócił się na pięcie, wsiadł w samochód i ruszył.
Kiedy tylko radiowóz schował się za zakrętem, Jacek uśmiechnął się szeroko i tajemniczo zagaił:
- Teraz proszę o uwagę. Panie i Panowie, Mesdames et Messieurs (tu zaszokował mnie znajomością francuszczyzny)…….jego oczy zaświeciły się, sięgnął ręką za plecy pod kurtkę, wyciągnął napoczętą butelkę i krzyknął uradowany: - ABRAKADABRA K…WA!!!

Porzućcie wszelką nadzieję...

 Na drzwiach do pokoju mojego syna powinien wisieć cytat z Dantego: „porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”

To niezwykłe na skalę światową połączenie czarnej dziury, trójkąta bermudzkiego i zagięcia czasoprzestrzeni. Słowa, które tam padają- lecą w nicość, naczynia, sztućce i skarpetki znikają w tajemniczych okolicznościach, jak o coś poprosisz, to za miesiąc syn twierdzi, że przecież „to było dopiero wczoraj” Rozgryzienie zasady działania tego fenomenu zasługiwałoby chyba na Nobla z fizyki…

Ksiądz Andrzej

 Ksiądz Andrzej szedł zamyślony ulicą Żelazną. Słońce w Białymstoku paliło niemiłosiernie tak, że nawet potężne drzewa osłaniające chodnik nie pomagały zbytnio w ukryciu się przed żarem. Gospodyni z plebanii od kilku dni była na urlopie, nie udało się znaleźć zastępstwa, więc ksiądz żywił się na mieście. Jeździł specjalnie po cywilnemu na drugi koniec miasta , aby zjeść w spokoju nie spotykając nikogo ze swoich parafian. Kiedy zobaczył bar mleczny, wróciły wspomnienia z młodości i pomimo, że wyglądał tanio i obskurnie wszedł z myślą, że zasmakuje czegoś z czasów dzieciństwa. Menu wyglądało znajomo: schabowy, mielony (te odpadały, bo dziś piątek), pierogi z truskawką (niestety dowiedział się, że właśnie „wyszły”), pierogi z kapustą( po tych go zbytnio wydymało) i smażony filet z ryby na który ostatecznie się zdecydował. Za wybrane dania należało zapłacić w kasie a następnie udać się do okienka, gdzie Pani kucharka nakładała dania wg okazanego kwitu. Kasjerka patrzyła na klientów obojętnym wzrokiem i mechanicznym ruchem nabijała paragon, brała pieniądze i wydawał kwit- jak robot -pomyślał, kiedy na jego „Bóg zapłać” nie odezwała się ani słowem. Miał powiedzieć „dziękuję” ale z przyzwyczajenia wyrwało mu się „na służbowo”. Podreptał z kartką w dłoni do oddalonego o kilka metrów okna z którego wydobywały się sielskie zapachy rodem z PRL-owskiej wczasowej stołówki. W okienku nikogo nie było. Poczekał chwilę, po czym nieśmiało zastukał w kontuar- Przepraszam, jest tam kto? Zza ściany wyłoniła się niezwykle dorodna, pulchna młoda kobieta, mocno opalona, z wydatnym dekoltem. Spod czepka wystawały jej fragmenty blond loków niczym Miss Piggy z Muppet Show i delikatnie opadały na kark. Jej spocone od upału potęgowanego kuchennym gorącem ponętne ciało od razu przykuło uwagę Księdza Andrzeja. Podał kwit z kasy- Koniecznie bez panierki poproszę! Dziś piątek, więc poszczę! - Z ziemniakami czy z kaszą? – zapytała nie kryjąc lekkiego zdziwienia. Pomysł jedzenia ryby z kaszą wydał mu się zupełnie kuriozalny, wiec zdecydowanie opowiedział się za ziemniakami. Kucharka nałożyła rybę, dwa ogromne ziemniaki po czym schyliła się nad patelnią nabierając okrasę do kartofli- Tłuszczyku? Mam go pod dostatkiem!- zapytała zachęcająco a jej bujne opalone i spocone piersi niemal wyskoczyły się z dekoltu. Ksiądz Andrzej stał jak zahipnotyzowany. O tak… masz pod dostatkiem…Tłuszczyk…Wyobraził sobie ją w kotle piekielnym, w samej bieliźnie, w strasznym żarze.. Kocioł wytapiał tłuszcz, który zbierał się na skórze niczym olejek do opalania na plaży w Chałupach.. Mięciutkie, opalone kobiece ciało…Obok kotła stał diabeł w długiej czarnej sukmanie ,dokładał do ognia i od czasu do czasu polewał ją zawartością kotła. W swojej wyobraźni ksiądz Andrzej chciał ulżyć kobiecie w cierpieniu, więc kazał jej zdjąć bieliznę, żeby było jej choć trochę chłodniej. Całe ciało błyszczało, pot spływał jej po karku ze spuszczonej głowy, płynął po szyi, dekolcie do bujnych piersi i skapywał z sutków. Tak bardzo chciał go zetrzeć... Nad kotłem, podwieszone chyba gdzieś do podłogi czyśćca wisiało ogromne lustro, aby gotujący się pokutnik mógł zobaczyć jak na dłoni siebie i wszystkie swoje grzechy. Spojrzał w górę-lustro było mocno zaparowane ale można było dostrzec dwie postacie. Ona i diabeł. Był strasznie ciekaw jej grzechów, aż przebiegł mu po plecach ( z resztą, nie tylko) miły dreszcz na samą myśl co może tam zobaczyć. Co prawda w konfesjonale nasłuchał się sprośności nie raz, ale jako pełnoprawny mężczyzna, był jednak zdecydowanym wzrokowcem. Złapał jej zdjęty przed chwilą stanik i zaczął energicznie wycierać. Po chwili odskoczył jak oparzony. Kiedy zobaczył w lustrze siebie w sutannie odwrócił się i biegł przed siebie dopóki nie znalazł drzwi i schodów prowadzących na górę. Mierząc susami po trzy schody naraz szybko znalazł się przy kolejnych drzwiach kilka poziomów wyżej- otworzył i oto oczom jego ukazał się gabinet metropolity białostockiego. Ufff… nareszcie w bezpiecznym miejscu.

-Halooo!!! Proszę Pana!!! Jak z tym tłuszczykiem?? Donośny damski głos obudził go z letargu.
- Apage satanas! Odejdź siło nieczysta! Ksiądz Andrzej przeżegnał się trzy razy i splunął przez lewe ramię. Mówiłem przecież wyraźnie że poszczę!!!

Kupię słonie

 

Krążąc rowerem po dzikich ostępach gmin ościennych, wjechałam w kolejną szutrową, dziurawą jak sito drogę z dala od cywilizacji. Po obu stronach złociły się łany zbóż, oddzielone ode mnie krzewami tarniny, w których radośnie przekrzykiwały się ptaki a co jakiś czas pas zarośli urozmaicał potężny klon. Kontemplując piękne okoliczności przyrody postanowiłam dać odpocząć chwile memu wątłemu (;-)) ciału oraz lekko je nawodnić. Wyciągałam właśnie bidon, kiedy na drzewie oddalonym ode mnie o kilkanaście metrów zamajaczyło wydrukowane w kolorach tęczy, przybite ogłoszenie „Kupię słonie”. Było lekko przysłonięte krzakiem, ale bez problemu odczytałam treść. Po cóż komuś, na zabitej dechami wiosze słonie?? Może będzie jakiś nowy cyrk? Raczej nie, bo Unia zakazuje występów zwierząt ...albo koń komuś zdechł i szuka alternatywy? Nieeee, to raczej mało ekonomiczne… słoń je zdecydowanie więcej niż koń…ale w sumie paliwo takie drogie- może to jakiś pomysł na tani transport, albo do wykorzystania zamiast ciągnika? Można wpuścić takie słonie do lasu, tam się nażrą liści, nawiozą las a potem do roboty w pole. A gdyby konie wożące turystów na Morskie Oko zamienić na słonie..? Siły mają więcej, może by się tak nie zmachały ciągnąc turystów, a jaka dodatkowa atrakcja dla dzieci! Hmm… ale co zimą? Wszak zwierzęta te do zimy nie przywykły a w lesie zimą za darmochę nie da się ich za bardzo nakarmić ... poza tym w okolicach Łodzi gór brak, więc ta opcja odpada. Może poszukiwanie słoni to kwestia drogiego ogrzewania? Ponoć w niektórych zakątkach Ziemi słoniowe odchody wykorzystywane są jako opał. Widziałam również program, w którym Ben Grylls przetrwał mroźną nic na pustyni chroniąc się w wybebeszonych zwłokach wielbłąda...więc jakby taki słoń zdechł z zimna można go jeszcze wykorzystać…ale to wybebeszanie...Może cel obronny? W starożytności wszak wykorzystywano słonie do celów bojowych- a czasy teraz niepewne…Rosyjscy najeźdźcy stanęliby jak wryci widząc oddziały WOT na słoniach…..Kiedy już peron zaczął odjeżdżać mi za daleko a w bidonie z wodą pokazało się dno, postanowiłam jednak przyjrzeć się ogłoszeniu z bliska- może kryje się w nim dodatkowa informacja „ po co i dlaczego”? Podeszłam do drzewa, wtedy krzak lekko przesłaniający kartkę odkrył cała tajemnicę. Na ogłoszeniu widniał napis: „Kupię słomę” i mniejszymi literami „…z pokosu, tel 608…..”…..

Pani Domu

 Przyznam się wam do czegoś: jestem złą Panią domu…do szpiku kości.

Ostatnio miałam odkurzyć podłogę łącznie z kuchnią, stwierdziłam, że szkoda życia – jeszcze na podłodze w kurzu i piachu nie da się rysować jak w mące Basia na telewizyjnej reklamie. Naszło mnie na przekąskę- grzebiąc w lodówce wywaliłam przypadkowo na glebę otwarte opakowanie z salami- jakoś tak nim machnęłam próbując złapać, że plasterki rozsypały się na pół kuchni. Brudnej. Nie zdążyłam( albo mi się ni chciało) odkurzyć tudzież pozamiatać. Ja raczej nie jadam salami, więc otrzepałam z piachu ( psa już nie mam- kłaków nie było), ułożyłam ładnie jak fabryka dała- mam nadzieję, że chłopaki nie zauważą.. najwyżej będą narzekać, ze pieprz jakiś twardy i włazi miedzy zęby.. Innym razem prałam tapicerkę w swoim fotelu ( kawa, chipsy itp). Na opakowaniu płynu do prania tapicerki było napisane: „wyczyść wytworzoną pianą”. Czym najlepiej robi się pianę? Trzepaczką do jajek. Zrobiłam, wyprałam, trzepaczka po pobieznym spłukaniu pod kranem powędrowała z powrotem do szuflady. Płyn "Wezyr" chyba nie jest trujący…?


Królowa sałatek

 Dobra, umówmy się: nigdy nie byłam królową sałatek, poza kilkoma polskimi „standardami”.

Zostałam zaproszona na imprezę „składkową”, trzeba było jednak jakoś się zmobilizować, postanowiłam spróbować czegoś nowego. Po krótkim wertowaniu nieprzebranych zasobów internetu padło na „błyskawiczną sałatkę z paluszkami krabowymi” (z dedykacją dla http://niebonatalerzu.blogspot.com/- mogłabyś podawać przepisy na stronie bardziej precyzyjnie...?). Uznałam, ze wygląda łatwo ale za to w miarę efektownie. Wg przepisu ilość na 2- 3 osób, więc postanowiłam zrobić podwójną porcję.
1) „Ugotuj paczkę makaronu ryżowego wg przepisu na opakowaniu”. – Phi!, drobnostka. Zagotowałam wodę, wrzuciłam dwa opakowania po 200g białych nitek…
2) „Paczkę paluszków pokrój w centymetrowe kawałki.” Mam parę minut zanim makaron dojdzie, więc spoko. Wyjęłam rozmrożone paluszki, a tam na opakowaniu „spożyć po obróbce termicznej”… cholera , co teraz? Żaden przepis nie przewiduje gotowania surimi przed dodaniem do sałatek..czy nie narażę potencjalnych konsumentów na śmierć w męczarniach…? Albo co najmniej na „dłuższe posiedzenie…”? Po krótkim wahaniu przypomniało mi się, że przecież goście będą popijali ją alkoholem, więc z pewnością zabiją wszelkie możliwe mikroby- daję prosto z opakowania. Pokroiłam pierwszą paczkę( 250 g, czyli 12 paluszków) po czym zauważyłam, ze wychodzi tego jednak dość dużo.. z drugim się wstrzymałam
W międzyczasie nadeszła chwila na odcedzenie makaronu- garnek napełnił się niczym w filmie „Poszukiwany, poszukiwana”, więc już zaczęłam wietrzyć w tym przepisie jakiś podstęp…makaron ledwo zmieścił się w ogromnym durszlaku. Po przelaniu zimną wodą chciałam przerzucić go z powrotem do gara stojącego na rancie zlewozmywaka, niestety część (nie wiem jakim cudem…?) „wychlapnęła mi się „na glebę”. Pod nogami momentalnie, nie wiadomo skąd pojawił się pies, zeżarł wszystko w mgnieniu oka po czym wylizał podłogę wybawiając tymczasowo z konieczności sprzątania. Ufff. Spojrzałam na zawartość gara- pomimo strat ilość wyglądał na taką, która można wykarmić pluton wojska a nie max 6 osób (po dodaniu reszty składników)..no dobra, trzeba ten przepis zweryfikować w innym miejscu….
Znalazłam!!! Składniki na sałatkę dla 2-3 osób: 1 opakowanie makaronu ryżowego 100g, 1 opakowanie surimi 100g….cholera, wychodzi na to , ze mam dwa razy za dużo makaronu, dobrze, ze chociaż nie otworzyłam drugiej paczki surimi. Na szczęście psu zasmakował makaron ryzowy- będzie jadł go przez najbliższe dwa dni.
3) „Potnij makaron na krótkie kawałki”. Hmm..uznałam , ze najszybciej będzie nożyczkami. Wyciagałam kawałek białego kłębowiska z gara i ucinałam nad miską kawałek po kawałku. Szkoda tylko, ze po ucięciu nie chciał spadać, tylko przyklejał się do nożyczek…no ale metodą każdorazowego odklejania, jakoś poszło.
4) „Ugotuj dwa jajka na twardo „( tutaj chociaż nie było wątpliwości co do ilości- wzięłam cztery
5) „Pokrój 6 korniszonów”- tutaj tez udało się bez komplikacji – korniszon, to korniszon
6) „Dołóż pęczek posiekanego grubego szczypioru”- tę część wykonałam po mistrzowsku
7) „Dodaj pół puszki kukurydzy”. Wyciągnęłam puszkę z szafki, pociągnęłam za zawleczkę i…zostałam z zawleczką w ręku, natomiast puszka pozostała szczelna jak amerykańska łódź podwodna. Uff.. na szczęście posiadam coś takiego jak otwieracz do konserw. Uradowana i pełna optymizmu przyłożyłam otwieracz do wieczka i zaczęłam kręcić korbką przesuwającą ostrze dookoła rantu. Ten okazał się jednak zbyt wysoki- wycięcie stworzyło linię przerywaną nie pozwalającą ani w ząb na dostanie się do zawartości. Pozostał tylko stary harcerski sposób czyli wbicie noża w jeden z krótkich dziurek po otwieraczu. Serce mi pękało na myśl o stanie noża po tej operacji, ale czego się nie robi dla sałatki…przy wbijaniu noża w wieczko pomogłam sobie tłuczkiem do mięsa- tym sposobem stworzyłam otwór pozwalający na włożenie łyżki do środka i wyciągnięcie odpowiedniej ilości kukurydzy.
„Teraz tylko dopraw , dołóż majonez i jogurt naturalny i sałatka gotowa!”
Ja pierniczę, nigdy już nie zrobię żadnej błyskawicznej sałatki!!! Nie dość, że nie było wcale szybko, to zostało mi pół gara makaronu, (plus trochę przyklejonego na szafce, tam gdzie pies nie wylizał), lepiące się od skrobi nożyczki, tępy nóż i niepewność, czy towarzystwo nie pochoruje się po „nieobrobionyn termicznie” surimi. Wszystkich, którzy jedli przepraszam, ale mam nadzieję, że doceniliście moje poświęcenie. Jest już dzień kolejny i nie słyszałam o żadnych ofiarach w ludziach. Do następnej imprezy!!!

Jajka


Pogoda paskudna, inwencji twórczej brak, więc postanowiłam zrobić ciasto. Sezonowe, kruche z rabarbarem i bezą. Do ciasta zużyłam 2 żółtka, ale do bezy potrzebne było 5 białek. Zostały 3 żółtka..Co tu z nimi zrobić…? Szkoda, żeby się zmarnowały. Kogla-mogla nie lubię, do ajerkoniaku nie mam spirytusu...ale lubię jajko na twardo. Wpadłam na durny pomysł (ponieważ nie lubię tracić czasu), że „utwardzę” żółtka w mikrofali. Wlałam NIEROZMĄCONE żółtka do malutkiej miseczki i włączyłam….Przez pierwsze kilka sekund szło dobrze. Potem błysnęło, świsnęło i jak nie pizgnie…!- jakby ktoś granat rzucił. Spojrzałam z niepokojem na drzwiczki „grozy” i szybko wyłączyłam sprzęt. Przez szybkę nic nie było widać. Wzięłam głęboki wdech i…. otworzyłam. Oczom mym ukazał się widok jak po teksańskiej masakrze, z tym, ze na ścianach nie wisiały części ciał i wnętrzności, tylko zółte flaki… stalaktyty i stalagmity oraz takie po bokach ( chyba w „jaskiniowej” nomenklaturze nie mają nazwy). Moje przerażenie sięgnęło zenitu, kiedy pomyślałam, ze zaraz wróci mąż, który wczoraj starannie wypucował mikrofalę i dostanie jakiejś apopleksji jak to zobaczy. Skrobałam te cholerne jajka ze 20 min.. ale ciągle mam wrażenie, ze w kuchni unosi się dziwny zapach „przypalonych” jaj.
Moja rada- nie idźcie tą drogą! JAJKOM Z MIKROFALI MÓWIMY STANOWCZE NIE!
P.S. Zawsze myślałam, ze tylko jajka w skorupkach wybuchają w mikrofali….

Szproty w pomidorach

Nabrałam ochoty na szprotki w pomidorach. Przegrzebałam szafki w kuchni i voila! Oto są.

Zlustrowałam na szybko opakowanie z cienkiej blachy czołgowej, zawierające szproty w tomacie marki bliżej nieznanej i ujrzawszy zawleczkę i odetchnęłam z ulgą. Uniknę na szczęście poszukiwań, rzadko w obecnych czasach używanego otwieracza do konserw. Spokojnie ukroiłam chleb, posmarowałam masłem i z błogą nieświadomością tego, co mnie czeka, zabrałam się za otwieranie. Z damską gracją włożyłam wskazujący palec do dziurki w zawleczce i spróbowałam ją odgiąć, lekko pociagając. Nic. Szarpnęłam mocniej- blacha lekko się wybrzuszyła, ale nadal nic… Osz cholery- zabarykadowały się! Już ja was dorwę, nie myślcie sobie, że się ukryjecie! Zapukałam w puszkę z nadzieją, że może jednak otworzą po dobroci…znowu poruszyłam zawleczkę delikatnie i z finezją. Bez rezultatu… No teraz to już wkurzyłam się nie na żarty (tak to bywa jak człowiek nienażarty a żarcie poza zasięgiem). Zaparłam się z całych sił i z impetem pociągnęłam, jak tylko mocno potrafiłam…... Boże… co mnie podkusiło na te szproty! W tym momencie pół kuchni oraz moja cała bluzka zalała się sosem pomidorowym a w puszcze został- po wyrwanej zawleczce- lej, jak po bombie ( puszka nie otworzyła się wzdłuż krawędzi, jak powinna…) Po zdjęciu palcem czerwonej breji z powieki, spojrzałam na swoje dzieło zniszczenia -w resztkach sosu pływał smętnie jakiś mizerny kryl (mniejszych „zapuszkowanych” rybek chyba jeszcze nie widziałam). I te chuchra tak się broniły przed otwarciem???? Wygrzebałam niedobitki widelcem z ich „bunkra”. Wystarczyło na pół kanapki, drugie pół musiałam „zalepić” serem. Tyle wysiłku…frustracji… i po co????

Pranie

 

Czy was też irytują te pudełka na kapsułki do prania, gdzie trzeba nacisnąć jednocześnie w dwóch miejscach, żeby otworzyć?  

Segregujesz pranie, łapiesz jak naręcze chrustu w obie łapy (po co używać miski, czy jakiegoś innego pojemnika), lecisz do pralki. Wtedy przypominasz sobie, że kapsułkę musisz umieścić na spodzie, pod praniem… Uwalniasz jedną rękę (na szczęście pralka była otwarta, bo się wietrzyła, więc punkt- z otwieraniem pralki masz z głowy), w tym momencie na podłogę spada kilka skarpet, ale na razie olewasz temat i próbujesz otworzyć to cholerne pudełko manewrując palcami, aby nacisnąć oba przyciski. Nawet w przypadku, gdy masz wyjątkowo zwinne palce, próby spełzają na niczym. W przypływie desperacji, starasz się nawet przytrzymać jeden przycisk zębami a drugi palcem- też nie puszcza ( jak oni to wymyślili?? a co jeśli ktoś nie ma ręki??) W czasie, kiedy szarpiesz się z pudełkiem, już połowa prania leży przed pralką. Finał zawsze jest taki, że rzucasz resztę prania na glebę, bierzesz to diabelskie ustrojstwo w obie dłonie i dopiero wtedy udaje się dostać do zawartości. Powinni pisać od razu w instrukcji: przynieś pranie, rzuć gdziekolwiek( punkt konieczny!)- nie martw się brudniejsze nie będą, naciśnij przyciski palcami obu dłoni aby wyjąć kapsułkę, włóż ją na spód pralki, pozbieraj rozrzucone rzeczy do prania, załaduj do pralki, zamknij, włącz pralkę…

Krzyk

 Siedziałam spokojnie przy stole w kuchni sącząc kawę, gdy z piętra wyżej doszedł mnie przeraźliwy krzyk (dość z resztą wulgarny) - O k…wa!!!

Niewiele myśląc, rzuciłam się na ratunek, przewracając przy tym taboret i omal nie wylewając resztek kawy.
W wejściu do zupełnie ciemnej garderoby stał blady jak ściana syn. Gdy już otrząsnął się i doszedł do siebie, krzyknął na mnie z wyrzutem - Kurna, matka, nie rób więcej takich numerów, prawie się obsrałem ze strachu! Zapaliłam światło, spojrzeliśmy w tym samym kierunku i jak na zawołanie oboje wybuchnęliśmy gromkim, nieopanowanym śmiechem.
Zastanawiacie się zapewne cóż tak przeraziło mojego syna? Najpierw wyjaśnię, że garderoba u mnie w domu nie służy wyłącznie do przechowywania moich ubrań, ale również najróżniejszych „przydasiów”( ostatnio głównie fotograficznych). Otóż dzień wcześniej, odwiedziłam hurtownię manekinów, gdzie nabyłam tors, głowę i prawą rękę. Mąż kazał mi gdzieś to schować, żeby nie walało się po mieszkaniu, więc wrzuciłam „na kupę” w garderobie, ubierając uprzednio głowę w damską perukę (tak jakoś wyszło..). Syn jest leniwy, więc nie chciało mu się zapalać światła, uważał że wystarczy tyle, ile wpada z sąsiedniego pomieszczenia (nie mam pojęcia po co w ogóle tam polazł..?).
Jedno mnie w tym wszystkim niepokoi: zawsze wiedziałam, ze moja rodzina ma mnie za wariatkę, ale że w ogóle mojemu synowi przemknęło przez myśl (nawet jeśli tylko przez sekundę), że mogłabym kogoś poćwiartować i ukryć zwłoki w garderobie….?

Marakasy


Wioząc, lekko zaspana, rano syna do szkoły usłyszałam:
- Mamo, potrzebuję marakasy!
Wprawiło mnie to w kompletne osłupienie i zaczęłam wątpić, czy aby przez poranne zamroczenie słuch mnie nie zawodzi
- Co takiego?- zapytałam
- No, marakasy- odparł pewnie syn.
W tym momencie serce me zaczęła przepełniać duma, że moja latorośl może wreszcie poczuła muzyczny zew i rozwinie swoje talenty, zamiast siedzieć ciągle przed komputerem. Tylko jak ja, matka, mogłam tego wcześniej nie zauważyć??
-Po co ci marakasy?- zapytałam rozpromieniona
- Do garnituru- usłyszałam. Oczy zrobiły mi się wielkie jak spodki, ale w końcu znalazłam możliwość powiązania marakasów z garniturem.
- Jakiś zespół zakładacie?
- Oj matka, czy ty musisz się ze mnie zawsze nabijać?? Jaki zespół ? O co ci chodzi? Wy baby, macie swoje „baletniczki” do sukienek a ja potrzebuję marakasy do garnituru na imprezę. No przecież „adidasow” do „garniaka” nie założę.
Po tych słowach moje nadzieje co do kariery muzycznej syna legły w gruzach… Może najwyżej kandydować na prezydenta jakiegoś dużego miasta…albo na wiceministra… no cóż… dobre i to...

Zadzwoni, czy nie zadzwoni

 


Zadzwoni czy nie zadzwoni…?- rozmyślała Marta obserwując spływające leniwie po szybie krople deszczu. Dzień był prawdziwie listopadowy, zimny i ponury oraz wściekle mokry. Nadgniłe liście walały się po chodnikach a powietrzu unosiła się atmosfera przygnębienia spowodowanego nagłym spadkiem temperatury.

Dostrzegła go wczoraj w sklepie, kiedy kupowała korkociąg do wina. Stał koło ekspedientki. Cień zazdrości pojawił się w jej głowie. Coś nagle w niej drgnęło i zapragnęła całym sercem go zdobyć. Marzyła aby móc dotykać go, leżąc w pościeli każdego wieczoru a porankiem być budzona jego dźwięcznym głosem… Był piękny w jej oczach. Miała nadzieje, powierzchowność jej nie zwiedzie i jego „wnętrze” okaże się równie zniewalające. Po szybkim zapoznaniu zabrała go do swojego mieszkania. To był miły wieczór. Poznała jego zalety trochę bliżej, ale wciąż nie wiedziała o nim wszystkiego….Dopiero dziś miało się okazać, czy spełni jej oczekiwania.
Zadzwoni, czy nie zadzwoni? A jak nie zadzwoni…? Będę musiała szukać dalej…kiedyś w końcu znajdzie się TEN właściwy. Ten właściwy budzik. Wymarzony. W strażackim, czerwonym kolorze.

Emocje jak na grzybobraniu


Idziesz spokojnie, zrelaksowany do lasu. W ręce pomięta reklamówka po ziemniakach. Bez „napinki”, bo przecież wiesz, że dziś w lesie będzie więcej pająków niż grzybów- pierwszy dzień deszczu po suszy. Zaparkowane na leśnej drodze samochody wzbudzają lekki niepokój..dalej oczom ukazują się kolejne sylwetki ludzkie…koszyki, wiadra, reklamówki…konkurencja jak na kwalifikacjach do Eurowizji. No nic. Idziesz dalej zdejmując z głowy kolejne pajęczyny ( kuźwa, skąd ich aż tyle???) . Buty przesiąkają wilgocią ściółki. Zataczasz wzrokiem coraz szersze kręgi pośród trawy i mchu. Po lewej emerytka z rowerem i koszykiem, po prawej gość w walonkach z wiadrem po zaprawie cementowej. Robi się coraz bardziej nerwowo. Wreszcie go dostrzegasz- stoi piękny brązowy i błyszczący niczym Święty Graal. Rozglądasz się ( udając z miną pokerzysty, że „tam nic nie ma”) czy aby przypadkiem pani „koszykarka” lub pan z wiadrem go nie zauważyli. Pan z wiadrem zbliża się niepokojąco do TWOJEGO celu. Zrywasz się jak strzała, pędzisz z prędkością błyskawicy bełkocząc nieprzytomnie w myślach jak Gollum z Władcy Pierścieni „MY PRECIOUS”!…wtem k## wa, nieee!!! Leżysz jak długi. Cała twarz w igłach. Nie zauważyłeś pieńka. Wszystkie "skarby" z kieszeni rozwalone po ziemi w promieniu 1,5m. Klnąc na wszelkie możliwe sposoby, używając słów zarówno na „k” jak i na „p” i „ch” biegiem zbierasz fanty licząc czy niczego nie zgubiłeś. Otrzepujesz ubranie z mchu trawy i pajęczyn i patrzysz w stronę „skarbu”… niestety…. za późno….

Znowu mysz


Wieczór. Siedzę przed komputerem i "grzebię w zdjęciach”. Kątem oka w odbiciu na ekranie dostrzegam, że z przedpokoju skrada się w moją stronę mąż.
- Co się tak czaisz?-rzucam od niechcenia.
- Przyniosłem ci mysz-odpowiada małżonek, czym wprawia mnie w kompletne osłupienie. Na myśl od razu mimowolnie „wbija się” obraz starego, wyliniałego kocura, który -chociaż woli siedzieć cały dzień na przypiecku w pochmurny dzień, natomiast jeśli jest pogodnie, wylegiwać się promieniach słońca na parapecie- przynosi swojej Pani co dzień mysz na schody chaty, aby pokazać, że „jeszcze może”. Macham chaotycznie rękoma aby pozbyć się tych głupich skojarzeń..
-Na miłość boską, co co mi mysz????
Odwracam się. Mąż stoi na środku pokoju trzymając małą, burą nieruchomą zdobycz za koniec długiego ogonka.
– Złapała się w pułapkę. Pomyślałem, że lubisz zwierzęta, więc…-zaczął tłumaczyć.
- Ale ŻYWE!!!-niemalże krzyknęłam. Taka nadaje się najwyżej na pokarm dla węża, którego o ile mi wiadomo nie mamy ( chociaż w sumie kto wie…syn ma taki bałagan w pokoju, że można przeoczyć jakby coś hodował w jego zakamarkach). Mąż nie dawał za wygraną -…pomyślałem że lubisz fotografować zwierzęta, więc może jakoś ją sobie upozujesz, czy co? Zobacz, jeszcze nie zesztywniała, będzie łatwo! I nawet pułapka za bardzo jej nie zmasakrowała, wygląda jak żywa! No popatrz tylko- urodzona modelka!
Skłonności nekromańskie małżonka trochę mnie zaniepokoiły (czyżbym wcześniej nie zauważyła jakiś wczesnych objawów dewiacji psychicznych..?) , ale zrzuciłam to na karb jesiennego przesilenia oraz dopiero co, przeszłych świąt zadusznych i nic nie dałam po sobie nic poznać.
-Drogi mężu, jak ty sobie to wyobrażasz? Mam jej zrobić irokeza na żel do włosów, wsadzić za kierownicę większego resoraka syna (z pewnością ma gdzieś jeszcze pochowane z dziecięcych lat), na tylne siedzenie dorzucić fiolkę wódki w opakowaniu po aromacie do ciasta i upozorować zdjęcia trupa na „wypadek po pijaku”. Mysz z przetrąconym karkiem tylko do takiej „stylizacji” mi się nasuwa….
Teraz mąż zbaraniał. -Ty już chyba do reszty zwariowałaś! -parsknął z niesmakiem, obrócił się na pięcie zabierając swoje małe, futrzaste trofeum - człowiek chce dobrze, chce żonie zrobić przyjemność, a tu takie fochy!- rzucił jeszcze na odchodne.
Tiaaaaa… czasem rodzina bierze mnie za jeszcze większą wariatkę niż jestem w rzeczywistości…

Niepokój Agaty

    


 Agata obudziła się, ale nie ruszyła nawet palcem, tylko tępo gapiła się w sufit. Co ja zrobiłam! Grzesiek mnie zabije jak się dowie! Nigdy mi tego nie wybaczy!

Na samo wspomnienie ubiegłej nocy przeszedł ją dreszcz. Z błogą miną rozmyślała o rozkoszy jaką przeżyła. Kiedy przyszła z nim do domu, było parno i duszno. Pot spływał jej po plecach od upału. Rozrywała na nim okrycie, aby jak najszybciej dostać się do „zawartości”. Kiedy boski nektar wystrzelił oblewając jej na twarz, usłyszała tylko cichy syk i westchnęła z zadowolenia. Płyn spływał wolno po brodzie, kapał na klejącą od potu bluzkę ,która mokra odsłaniała nieokiełznany stanikiem biust. Krople, które dostały się pod bluzkę sięgnęły pępka i spływały wolno coraz niżej. Czuła się spełniona. Zrobiła to samo jeszcze 5 razy za każdym odczuwając podobną radość i ulgę po zakończonym akcie.
Jak ja mu to wytłumaczę??? Będzie wściekły, że wypiłam jego cały sześciopak puszkowego piwa, który chował skrzętnie w garażu!!

Ketchup

    

Brodząc w oparach absurdu krążących w mojej głowie zgłodniałam i padło na kanapkę. Chlebak, deska, lodówka, ser. Chleb posmarowany, ser pokrojony...To może jeszcze keczup..? Dziecko wczoraj dokończyło opakowanie, więc pojawiła się konieczność otwarcia nowego. Jak zwykle pod nakrętką wściekle czerwonego, plastikowego opakowania znalazła się tajemnicza papiero-folia z zawleczką… Dobra, próbujemy. Nie puszcza. Może zębami…? Kurna, urwała się sama zawleczka- reszta wciąż na miejscu…dobra w takim razie może podważę paznokciem brzeg i znowu zębami…?
Poszło…to znaczy zdjęła się sama powłoka z papieru, pozostawiając pod spodem "błonę dziewiczą" z folii…..wrrrrr…. Zaczęłam podziwiać diabelską przebiegłość i zarazem złośliwość producentów opakowań… W związku ze wzbierającą we mnie złością i irytacją, błonę z dziką satysfakcją i uśmiechem Hannibala Lectera zadźgałam nożem po maśle. Uff…zwycięstwo.
Teraz kolejne wyzwanie.
Jak z pełnego opakowania przez tą cholerną czułą membranę w wieczku wycisnąć odpowiednią ilość czerwonej mazi??? Wymaga to niespotykanego wręcz wyczucia i chirurgicznej precyzji. Producenci opakowań zadbali również o to, żebyśmy dobrze bawili się również po sforsowaniu zabezpieczeń (moja babcia wycinała te membrany nożykiem- spryciara)
Ścisnęłam opakowanie najdelikatniej jak potrafię, przechylając jednocześnie do góry dnem nad kanapką, ułożoną na desce do krojenia. Zero, null. Mocniej. No, teraz może coś lekko skapnęło, natomiast było to stanowczo za mało. Przycisnęłam mocniej- na kanapkę wylała się góra keczupu wysokości Kilimandżaro opływającej czerwoną lawą rodem z filmów katastroficznych…co ja z tym zrobię….???? Szkoda zmarnować tyle keczupu. Mój przebiegły mózg od razu zaczął mi już podpowiadać jakieś sceny z powieści kryminalnych, gdzie trup ściele się gęsto a krew leje strumieniami i już miałam pomysł na zdjęcia z użyciem czerwonej pasty, kiedy w kuchni pojawiła się moja nastoletnia latorośl ze słowami: Matka, kupiłaś nowy keczup! Świetnie, zrobię sobie parówki! Jak masz za dużo to odłóż mi na talerz- zużyję każdą ilość… Taaaa, jednak dzieci czasem się przydają… umyją samochód albo uratują z keczupowej opresji…

Katmandu

Katmandu, ostatnia noc w hotelu, krótka, bo o 5 rano wyjeżdżamy z grupą na lotnisko. Położyłam się po 23, za oknem słychać było szum miasta,...