Leniwa Grafomanka
Zawsze z życia wzięte. No prawie. Z tym, że nie na pewno.
wtorek, 10 czerwca 2025
Katmandu
czwartek, 21 marca 2024
Zakupy w Lidlu
Kasa
samoobsługowa w Lidlu. Kończę nabijać drugą wielką torbę zakupów (część już z myślą
o zbliżających się świętach). Na szczęście tym razem kasa nie była zbyt kapryśna,
jedynie dwa razy się zawiesiła i raz „wzywałam” obsługę. W sklepowym koszyku
zostały tylko 4 ostatnie produkty, więc myślami już jestem przy wyjściu. Nagle-
„Ping!” „Towar nieznany”. Prostuję lekko zwichrowany kod kreskowy i próbuję
ponownie. „Ping! Towar nieznany” „Zaczekaj na obsługę”. Czekam. Po paru
chwilach biegnie do mnie dziewczyna. Zalogowała się swoją kartą, poklikała, zrobiła
dziwną minę, rzuciła –„Ojej, przepraszam, wykasowały mi się całe zakupy zamiast
ostatniej pozycji, trzeba będzie jeszcze raz nabić”, po czym nie patrząc mi w
oczy obróciła się na pięcie i zwiała. Całe jej szczęście, bo po chwili
osłupienia w jakie mnie wprawiła-kiedy tylko doszłam do siebie- najchętniej
przegryzłabym jej tętnicę. Wk..wiona na maksa, przerzucam zatem obie wielkie siaty
na prawą stronę od kasy i zaczynam nabijać od początku przekładając towary z
toreb przez kasę na pustą wago-półkę. Ludzie którzy stanęli za mną w kolejce,
patrzą się na mnie jak na debilkę (co to za idiotka najpierw napakowała zakupy
do toreb, żeby potem je przekładać na pustą półkę, z której i tak musi z powrotem
przepakować, żeby zabrać zakupy!). Pan bezpośrednio za mną nerwowo zerka na
zegarek. Wykładam z torby na kasę zielone warzywo podobne do ogórka. K…, jak to się nazywa? Z nerwów kompletnie
zapomniałam. Przeglądam listę warzyw od A do Z i od Z do A jak pojebana nie
mogąc znaleźć tego, czego szukam. W głowie kompletna pustka. Spokój, skup się!
Karcę się w myślach. Nerwowo przestępujący z nogi na nogę i przewracający
oczami facet za mną nie pomaga w uspokojeniu myśli. Może zdejmę to warzywo z
wagi i odłożę na bok, żeby się dalej nie kompromitować? Z drugiej strony, jest
mi jednak potrzebne. Nerwowo rozglądam się wokół w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku.
Wzrok zatrzymuje się na cukierkach. Cukinia! Eureka! Jakiś trybik w mózgu
wskoczył na swoje miejsce. Idę dalej. Przy przyprawach pod koniec skanowania
kasie nie zgadza się waga. „Umieść towar w koszyku”- żąda, choć ten już się tam
znajduje. Po kilku próbach podnoszenia i kładzenia kasa sugeruje „wezwij
obsługę”… O nieeeeee, ponownie nie dam się nabrać!( choć z drugiej strony,
jakby pojawiła się znowu ta sama „miła” Pani, może miałabym okazję, żeby przypadkowo
kopnąć ją w piszczel..) Podnoszę i
wkładam kolejno różne towary z półki obok kasy. Wreszcie bingo! Zaskoczyła. Klient
za mną wzdycha z wyraźną ulgą. Widocznie moja nerwowość udzieliła się i jemu. Uff,
ostatni towar. Drżę z przerażenia zbliżając go do skanera i układając stosie zeskanowanych
produktów. Wszystko gra. Teraz tylko ponowne układanie zakupów aby zmieściły
się w siatach i do domu! Po drodze do auta przypominam sobie jeszcze, że
przecież godzinę wcześniej kupiłam płytę plexi 2x1m, wsadziłam do bagażnika
kombi zgiętą w pałąk, „zamknęłam drzwiami od bagażnika”, więc otwarcie bagażnika
bez pomocy drugiej osoby odpada, bo płyta wystrzeli mi w twarz. Czeka mnie więc
przeciskanie się w deszczu między mokrymi autami i wciskanie zakupów przez
uchylone drzwi pod przednie siedzenie…
środa, 29 marca 2023
Wiosenne porządki
Po niemal trzech godzinach stanęłam w wejściu, spojrzałam z podziwem na swoje dzieło. W nagrodę czas na filiżankę gorącego kakao!
czwartek, 10 listopada 2022
Czarujący Żulian
Porzućcie wszelką nadzieję...
Na drzwiach do pokoju mojego syna powinien wisieć cytat z Dantego: „porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”
To niezwykłe na skalę światową połączenie czarnej dziury, trójkąta bermudzkiego i zagięcia czasoprzestrzeni. Słowa, które tam padają- lecą w nicość, naczynia, sztućce i skarpetki znikają w tajemniczych okolicznościach, jak o coś poprosisz, to za miesiąc syn twierdzi, że przecież „to było dopiero wczoraj” Rozgryzienie zasady działania tego fenomenu zasługiwałoby chyba na Nobla z fizyki…
Ksiądz Andrzej
Ksiądz Andrzej szedł zamyślony ulicą Żelazną. Słońce w Białymstoku paliło niemiłosiernie tak, że nawet potężne drzewa osłaniające chodnik nie pomagały zbytnio w ukryciu się przed żarem. Gospodyni z plebanii od kilku dni była na urlopie, nie udało się znaleźć zastępstwa, więc ksiądz żywił się na mieście. Jeździł specjalnie po cywilnemu na drugi koniec miasta , aby zjeść w spokoju nie spotykając nikogo ze swoich parafian. Kiedy zobaczył bar mleczny, wróciły wspomnienia z młodości i pomimo, że wyglądał tanio i obskurnie wszedł z myślą, że zasmakuje czegoś z czasów dzieciństwa. Menu wyglądało znajomo: schabowy, mielony (te odpadały, bo dziś piątek), pierogi z truskawką (niestety dowiedział się, że właśnie „wyszły”), pierogi z kapustą( po tych go zbytnio wydymało) i smażony filet z ryby na który ostatecznie się zdecydował. Za wybrane dania należało zapłacić w kasie a następnie udać się do okienka, gdzie Pani kucharka nakładała dania wg okazanego kwitu. Kasjerka patrzyła na klientów obojętnym wzrokiem i mechanicznym ruchem nabijała paragon, brała pieniądze i wydawał kwit- jak robot -pomyślał, kiedy na jego „Bóg zapłać” nie odezwała się ani słowem. Miał powiedzieć „dziękuję” ale z przyzwyczajenia wyrwało mu się „na służbowo”. Podreptał z kartką w dłoni do oddalonego o kilka metrów okna z którego wydobywały się sielskie zapachy rodem z PRL-owskiej wczasowej stołówki. W okienku nikogo nie było. Poczekał chwilę, po czym nieśmiało zastukał w kontuar- Przepraszam, jest tam kto? Zza ściany wyłoniła się niezwykle dorodna, pulchna młoda kobieta, mocno opalona, z wydatnym dekoltem. Spod czepka wystawały jej fragmenty blond loków niczym Miss Piggy z Muppet Show i delikatnie opadały na kark. Jej spocone od upału potęgowanego kuchennym gorącem ponętne ciało od razu przykuło uwagę Księdza Andrzeja. Podał kwit z kasy- Koniecznie bez panierki poproszę! Dziś piątek, więc poszczę! - Z ziemniakami czy z kaszą? – zapytała nie kryjąc lekkiego zdziwienia. Pomysł jedzenia ryby z kaszą wydał mu się zupełnie kuriozalny, wiec zdecydowanie opowiedział się za ziemniakami. Kucharka nałożyła rybę, dwa ogromne ziemniaki po czym schyliła się nad patelnią nabierając okrasę do kartofli- Tłuszczyku? Mam go pod dostatkiem!- zapytała zachęcająco a jej bujne opalone i spocone piersi niemal wyskoczyły się z dekoltu. Ksiądz Andrzej stał jak zahipnotyzowany. O tak… masz pod dostatkiem…Tłuszczyk…Wyobraził sobie ją w kotle piekielnym, w samej bieliźnie, w strasznym żarze.. Kocioł wytapiał tłuszcz, który zbierał się na skórze niczym olejek do opalania na plaży w Chałupach.. Mięciutkie, opalone kobiece ciało…Obok kotła stał diabeł w długiej czarnej sukmanie ,dokładał do ognia i od czasu do czasu polewał ją zawartością kotła. W swojej wyobraźni ksiądz Andrzej chciał ulżyć kobiecie w cierpieniu, więc kazał jej zdjąć bieliznę, żeby było jej choć trochę chłodniej. Całe ciało błyszczało, pot spływał jej po karku ze spuszczonej głowy, płynął po szyi, dekolcie do bujnych piersi i skapywał z sutków. Tak bardzo chciał go zetrzeć... Nad kotłem, podwieszone chyba gdzieś do podłogi czyśćca wisiało ogromne lustro, aby gotujący się pokutnik mógł zobaczyć jak na dłoni siebie i wszystkie swoje grzechy. Spojrzał w górę-lustro było mocno zaparowane ale można było dostrzec dwie postacie. Ona i diabeł. Był strasznie ciekaw jej grzechów, aż przebiegł mu po plecach ( z resztą, nie tylko) miły dreszcz na samą myśl co może tam zobaczyć. Co prawda w konfesjonale nasłuchał się sprośności nie raz, ale jako pełnoprawny mężczyzna, był jednak zdecydowanym wzrokowcem. Złapał jej zdjęty przed chwilą stanik i zaczął energicznie wycierać. Po chwili odskoczył jak oparzony. Kiedy zobaczył w lustrze siebie w sutannie odwrócił się i biegł przed siebie dopóki nie znalazł drzwi i schodów prowadzących na górę. Mierząc susami po trzy schody naraz szybko znalazł się przy kolejnych drzwiach kilka poziomów wyżej- otworzył i oto oczom jego ukazał się gabinet metropolity białostockiego. Ufff… nareszcie w bezpiecznym miejscu.
Kupię słonie
Krążąc rowerem po dzikich ostępach gmin ościennych, wjechałam w kolejną szutrową, dziurawą jak sito drogę z dala od cywilizacji. Po obu stronach złociły się łany zbóż, oddzielone ode mnie krzewami tarniny, w których radośnie przekrzykiwały się ptaki a co jakiś czas pas zarośli urozmaicał potężny klon. Kontemplując piękne okoliczności przyrody postanowiłam dać odpocząć chwile memu wątłemu (;-)) ciału oraz lekko je nawodnić. Wyciągałam właśnie bidon, kiedy na drzewie oddalonym ode mnie o kilkanaście metrów zamajaczyło wydrukowane w kolorach tęczy, przybite ogłoszenie „Kupię słonie”. Było lekko przysłonięte krzakiem, ale bez problemu odczytałam treść. Po cóż komuś, na zabitej dechami wiosze słonie?? Może będzie jakiś nowy cyrk? Raczej nie, bo Unia zakazuje występów zwierząt ...albo koń komuś zdechł i szuka alternatywy? Nieeee, to raczej mało ekonomiczne… słoń je zdecydowanie więcej niż koń…ale w sumie paliwo takie drogie- może to jakiś pomysł na tani transport, albo do wykorzystania zamiast ciągnika? Można wpuścić takie słonie do lasu, tam się nażrą liści, nawiozą las a potem do roboty w pole. A gdyby konie wożące turystów na Morskie Oko zamienić na słonie..? Siły mają więcej, może by się tak nie zmachały ciągnąc turystów, a jaka dodatkowa atrakcja dla dzieci! Hmm… ale co zimą? Wszak zwierzęta te do zimy nie przywykły a w lesie zimą za darmochę nie da się ich za bardzo nakarmić ... poza tym w okolicach Łodzi gór brak, więc ta opcja odpada. Może poszukiwanie słoni to kwestia drogiego ogrzewania? Ponoć w niektórych zakątkach Ziemi słoniowe odchody wykorzystywane są jako opał. Widziałam również program, w którym Ben Grylls przetrwał mroźną nic na pustyni chroniąc się w wybebeszonych zwłokach wielbłąda...więc jakby taki słoń zdechł z zimna można go jeszcze wykorzystać…ale to wybebeszanie...Może cel obronny? W starożytności wszak wykorzystywano słonie do celów bojowych- a czasy teraz niepewne…Rosyjscy najeźdźcy stanęliby jak wryci widząc oddziały WOT na słoniach…..Kiedy już peron zaczął odjeżdżać mi za daleko a w bidonie z wodą pokazało się dno, postanowiłam jednak przyjrzeć się ogłoszeniu z bliska- może kryje się w nim dodatkowa informacja „ po co i dlaczego”? Podeszłam do drzewa, wtedy krzak lekko przesłaniający kartkę odkrył cała tajemnicę. Na ogłoszeniu widniał napis: „Kupię słomę” i mniejszymi literami „…z pokosu, tel 608…..”…..
Pani Domu
Przyznam się wam do czegoś: jestem złą Panią domu…do szpiku kości.
Ostatnio miałam odkurzyć podłogę łącznie z kuchnią, stwierdziłam, że szkoda życia – jeszcze na podłodze w kurzu i piachu nie da się rysować jak w mące Basia na telewizyjnej reklamie. Naszło mnie na przekąskę- grzebiąc w lodówce wywaliłam przypadkowo na glebę otwarte opakowanie z salami- jakoś tak nim machnęłam próbując złapać, że plasterki rozsypały się na pół kuchni. Brudnej. Nie zdążyłam( albo mi się ni chciało) odkurzyć tudzież pozamiatać. Ja raczej nie jadam salami, więc otrzepałam z piachu ( psa już nie mam- kłaków nie było), ułożyłam ładnie jak fabryka dała- mam nadzieję, że chłopaki nie zauważą.. najwyżej będą narzekać, ze pieprz jakiś twardy i włazi miedzy zęby.. Innym razem prałam tapicerkę w swoim fotelu ( kawa, chipsy itp). Na opakowaniu płynu do prania tapicerki było napisane: „wyczyść wytworzoną pianą”. Czym najlepiej robi się pianę? Trzepaczką do jajek. Zrobiłam, wyprałam, trzepaczka po pobieznym spłukaniu pod kranem powędrowała z powrotem do szuflady. Płyn "Wezyr" chyba nie jest trujący…?
Królowa sałatek
Dobra, umówmy się: nigdy nie byłam królową sałatek, poza kilkoma polskimi „standardami”.
Jajka
Szproty w pomidorach
Nabrałam ochoty na szprotki w pomidorach. Przegrzebałam szafki w kuchni i voila! Oto są.
Pranie
Czy was też irytują te pudełka na kapsułki do prania, gdzie trzeba nacisnąć jednocześnie w dwóch miejscach, żeby otworzyć?
Segregujesz pranie, łapiesz jak naręcze
chrustu w obie łapy (po co używać miski, czy jakiegoś innego pojemnika), lecisz
do pralki. Wtedy przypominasz sobie, że kapsułkę musisz umieścić na spodzie,
pod praniem… Uwalniasz jedną rękę (na szczęście pralka była otwarta, bo się
wietrzyła, więc punkt- z otwieraniem pralki masz z głowy), w tym momencie na
podłogę spada kilka skarpet, ale na razie olewasz temat i próbujesz otworzyć to
cholerne pudełko manewrując palcami, aby nacisnąć oba przyciski. Nawet w
przypadku, gdy masz wyjątkowo zwinne palce, próby spełzają na niczym. W
przypływie desperacji, starasz się nawet przytrzymać jeden przycisk zębami a
drugi palcem- też nie puszcza ( jak oni to wymyślili?? a co jeśli ktoś nie ma
ręki??) W czasie, kiedy szarpiesz się z pudełkiem, już połowa prania leży przed
pralką. Finał zawsze jest taki, że rzucasz resztę prania na glebę, bierzesz to
diabelskie ustrojstwo w obie dłonie i dopiero wtedy udaje się dostać do
zawartości. Powinni pisać od razu w instrukcji: przynieś pranie, rzuć
gdziekolwiek( punkt konieczny!)- nie martw się brudniejsze nie będą, naciśnij przyciski
palcami obu dłoni aby wyjąć kapsułkę, włóż ją na spód pralki, pozbieraj
rozrzucone rzeczy do prania, załaduj do pralki, zamknij, włącz pralkę…
Katmandu
Katmandu, ostatnia noc w hotelu, krótka, bo o 5 rano wyjeżdżamy z grupą na lotnisko. Położyłam się po 23, za oknem słychać było szum miasta,...
-
Agata obudziła się, ale nie ruszyła nawet palcem, tylko tępo gapiła się w sufit. Co ja zrobiłam! Grzesiek mnie zabije jak się dowie! ...
-
Krążąc rowerem po dzikich ostępach gmin ościennych, wjechałam w kolejną szutrową, dziurawą jak sito drogę z dala od cywilizacji. Po obu s...
-
Pogoda nie rozpieszczała, delikatnie mówiąc (padał snieg, wyjście na porywisty wiatr groziło dekapitacją- czyli typowa polska wiosna), pr...